Permakultura w drodze. O wizycie Jerome’a Osentowskiego w Polsce

Wstęp

Jestem z pokolenia, które uczyło się, dorastało i kształciło na autorytetach. Mieliśmy swoich Mistrzów i Idoli – ludzi, którzy poprzez książki, wykłady i opowieści innych wyznaczali kierunki myślenia i działania. Nie inaczej było w permakulturze. Jej twórcy, Bill Mollison i David Holmgren, nauczyciele kursów PDC, tacy jak Geoff Lawton czy Larry Korn, a także specjaliści od poszczególnych dziedzin stawali się punktami odniesienia dla całych pokoleń praktyków. Jeśli deszczówka – to Brad Lancaster. Jeśli szara woda – Art Ludwig. Jeśli ogrody leśne – Robert Hart. A jeśli pasywne szklarnie solarne – Jerome Osentowski.

Przez lata wielu z nas znało większość tych ludzi wyłącznie z kart książek, nagrań wideo i relacji z drugiej ręki. Ich głos docierał do nas z daleka, a osobiste spotkanie pozostawało raczej w sferze marzeń niż realnych planów. Dlatego wiadomość, która pewnego poranka pojawiła się w mojej skrzynce mailowej, wzbudziła niedowierzanie. Jerome Osentowski, w trakcie swojej europejskiej trasy wykładowej, chciałby odwiedzić Polskę i się spotkać. Bez wielomiesięcznych przygotowań, bez instytucjonalnego zaplecza, niemal z dnia na dzień.

Pierwszą reakcją było osłupienie. Drugą – radość. Trzecią bardzo szybko stała się świadomość skali wyzwania. Nic nie było umówione, nic nie było zorganizowane, termin był bliski, a pobyt miał potrwać niemal tydzień. Stało się jasne, że sam nie udźwignę takiego przedsięwzięcia, ale równie jasne było, że to okazja jedyna w swoim rodzaju – taka, której nie wolno zmarnować.

Jak doszło do wizyty

List natychmiast trafił do Rozszerzonej Rodziny – grupy Absolwentek i Absolwentów Szkoły Permisie.pl. Opisałem sytuację bez upiększeń: spontaniczną propozycję wizyty, krótki czas na reakcję i ogromny potencjał tego spotkania. Odpowiedź była niemal natychmiastowa. Zadziałało coś, co w permakulturze nazywamy relacją – poruszyłem sieć ludzi gotowych wziąć odpowiedzialność, podzielić się zasobami i działać wspólnie.

Głównym koordynatorem wizyty zgodził się zostać Jacek Winckiewicz, który wziął na siebie organizację i opiekę nad Jerome’em w drugiej części pobytu, w Wielkopolsce. Ela Kubajek zadeklarowała gotowość opieki nad gościem na etapie warszawskim. W krótkim czasie zaczęła się krystalizować logistyka: miejsca noclegów, transport, odwiedzane projekty, spotkania i wykłady. Wszystko to powstawało dynamicznie, często w biegu, ale z dużą uważnością na potrzeby gościa, który przyjeżdżał po trudnych doświadczeniach zdrowotnych i w środku intensywnej podróży.

Program wizyty okazał się bogaty, ale – co najważniejsze – realny do zrealizowania. Nie był to plan „odhaczania punktów”, lecz propozycja spotkań z żywą permakulturą w różnych skalach: miejskiej, podmiejskiej i wiejskiej; prywatnej, spółdzielczej i edukacyjnej. Udało się go zrealizować w całości, a w jego trakcie wielokrotnie okazywało się, że najcenniejsze momenty rodzą się nie w harmonogramie, lecz pomiędzy nim – w rozmowach, pytaniach i wspólnym oglądaniu miejsc.

Z perspektywy czasu coraz wyraźniej widzę, że wizyta Jerome’a Osentowskiego w Polsce była owocna nie tylko merytorycznie. Była doświadczeniem relacyjnym, wzmacniającym poczucie wspólnoty i sensu działania. I choć była wydarzeniem intensywnym, mam głębokie przekonanie, że nie stanowiła zamkniętego rozdziału, lecz raczej początek znajomości i współpracy, których dalsze owoce dopiero się pojawią.

Wszystko to nie wydarzyłoby się bez zaangażowania wielu osób – goszczących, oprowadzających, tłumaczących, organizujących i po prostu będących obecnymi. Ich nazwiska i głosy pojawią się w dalszej części tej relacji, bo ta opowieść nie jest historią jednego gościa, lecz historią spotkania.

Kim jest Jerome Osentowski?

Jerome Osentowski jest jedną z tych postaci permakultury, które nie tyle stworzyły teorię, co przez dekady konsekwentnie przekuwały ją w praktykę. Uczeń Billa Mollisona, absolwent dwóch kursów prowadzonych przez twórcę permakultury, od ponad czterdziestu lat zajmuje się projektowaniem systemów żywnościowych, ogrodów leśnych i rozwiązań infrastrukturalnych dostosowanych do trudnych warunków klimatycznych. Jego praca zawsze koncentrowała się na pytaniu nie „czy to się da zrobić”, lecz „jak zrobić to prosto, sensownie i przy użyciu dostępnych zasobów”.

Najbardziej znany jest z rozwoju idei pasywnych szklarni solarnych oraz tzw. baterii klimatycznej – systemu magazynowania ciepła w gruncie, który pozwala stabilizować temperaturę w szklarni bez użycia paliw kopalnych. Rozwiązania te powstawały i ewoluowały w realnych warunkach Kolorado, przy dużych amplitudach temperatur, ograniczonych zasobach wody i presji ekonomicznej. To właśnie ta praktyczna geneza sprawiła, że projekty Jerome’a nie są wizjami „laboratoryjnymi”, lecz systemami możliwymi do zbudowania przez zwykłych ludzi, często z materiałów odzyskowych i przy ograniczonym budżecie.

Równolegle Jerome od lat rozwija ogrody leśne jako stabilne, wielopiętrowe systemy produkcji żywności. W jego podejściu nie są one romantyczną wizją natury, lecz precyzyjnie zaprojektowaną odpowiedzią na lokalne warunki siedliskowe, dostępność światła, wody i pracy. Istotnym elementem jego działalności jest także edukacja – zarówno poprzez kursy PDC, wykłady i warsztaty, jak i poprzez budowanie modeli biznesowych opartych na etycznej ekonomii i dywersyfikacji źródeł dochodu.

Dla wielu osób zajmujących się permakulturą w Europie Środkowej Jerome Osentowski jest kimś więcej niż ekspertem od szklarni. Jest przykładem tego, że długofalowa, cierpliwa praca – nawet w niesprzyjającym klimacie i bez wielkiego kapitału – może prowadzić do powstania systemów, które są jednocześnie produktywne, odporne i sensowne ekologicznie. Z tą właśnie perspektywą przyjechał do Polski, a jej ślady będą widoczne w każdej z odwiedzonych przestrzeni.

Warszawa: pierwsze spotkania i rozmowy

Warszawska część wizyty Jerome’a Osentowskiego była gęsta od spotkań, rozmów i obserwacji, ale miała też w sobie coś z miękkiego lądowania po podróży przez Europę. Opiekę nad gościem przejęła Ela Kubajek, koordynując jego pobyt między 19 a 22 listopada. Ze względów organizacyjnych Jerome zamieszkał w apartamencie, co – jak się szybko okazało – było rozwiązaniem sprzyjającym regeneracji i spokojowi, tak potrzebnym po intensywnych wcześniejszych etapach podróży.

Ten czas pozwolił na rozmowy wykraczające daleko poza kwestie techniczne. W trakcie wizyty w siedlisku Eli Kubajek pojawiły się wątki rodzinne, w tym polskie korzenie Jerome’a sięgające Małopolski i okolic Tarnowa, ale też opowieści o projektach realizowanych w Stanach Zjednoczonych i Europie, szczególnie w strefach klimatycznych zbliżonych do naszej. Wspólnym mianownikiem tych rozmów było szukanie rozwiązań prostych, opartych na dostępnych zasobach i głębokim rozumieniu lokalnych warunków – podejście, które w polskich realiach wybrzmiewa wyjątkowo mocno.

Warszawa i jej okolice stały się przestrzenią spotkań z bardzo różnymi odsłonami permakultury. Jerome odwiedził m.in. Centrum Rozwoju Permakultury Naeko w Grodzisku Mazowieckim, gdzie rozmowy koncentrowały się wokół ogrodów leśnych. To właśnie tam szczególnie wyraźnie wybrzmiała jego konsekwentna myśl projektowa: kluczowym elementem udanych systemów nie jest skala ani egzotyka rozwiązań, lecz precyzyjny dobór roślin do siedliska, umiejętne gospodarowanie wodą, ściółkowanie i wykorzystanie mikroklimatu. Przykłady jednorocznych roślin, które potrafią samodzielnie się rozsiewać, czy modułowy model funkcjonowania ogrodu jako całości, potwierdzały, że efektywność może iść w parze z prostotą.

Istotnym punktem programu była również wizyta na Spółdzielczej Farmie MOST na warszawskich Siekierkach. To miejsce, w którym permakultura spotyka się z miejskim kontekstem społecznym i formalnym. Oprowadzająca po farmie Joanna Erbel przedstawiła spółdzielczy model działania, w tym unikatową rolę tzw. osoby przyrodniczej – ekosystemu posiadającego własną reprezentantkę i realny głos decyzyjny. To rozwiązanie wzbudziło szczególne zainteresowanie Jerome’a jako przykład świadomego włączenia procesów ekologicznych w strukturę zarządzania.

Podczas spaceru po części uprawnej i sadowniczej rozmowa szybko zeszła na bardzo konkretne zagadnienia: wiekowe drzewa owocowe, smak ich owoców, potencjał szczepień i rozmnażania lokalnych odmian. Sugestie Jerome’a dotyczące zachowania i propagowania starych, sprawdzonych drzew dobrze rezonowały z już podejmowanymi na farmie działaniami. Równie praktyczne były uwagi dotyczące szklarni w polskich warunkach klimatycznych – niedoboru światła zimą, wysokiej wilgotności i częstych wahań temperatury wokół zera. Na tym tle pojawiły się pomysły łączenia funkcji, m.in. wykorzystania ciepła z sąsiadujących obiektów do zasilania systemów magazynowania energii.

Ostatni dzień warszawskiego etapu miał bardziej kameralny charakter. Jerome gościł u mnie, w towarzystwie Eli Kubajek i Marcina Iwankiewicza. Było to spotkanie trzech pokoleń ludzi permakultury, rozmowa prowadzona bez pośpiechu, pomiędzy miejskimi uprawami tarasowymi a opowieściami o wiejskim siedlisku i piecu typu Kuzniecowa. Jerome z dużym zainteresowaniem przyglądał się skali produkcji żywności możliwej na niewielkim miejskim tarasie, doceniając minimalizm rozwiązań i wykorzystanie lokalnych zasobów. Rozmowy naturalnie zeszły na historię permakultury, jego relacje z Billem Mollisonem oraz różnice między podejściem sezonowym z przygotowaniem zapasów na zimę a całoroczną produkcją w pasywnych szklarniach solarnych.

Ten etap wizyty, choć krótki, pozostawił silne wrażenie. Pokazał, jak różnorodne formy może przyjmować permakultura w miejskim i podmiejskim krajobrazie oraz jak łatwo wspólny język znajdują osoby działające w bardzo różnych skalach i kontekstach. Warszawa okazała się nie tylko przystankiem na trasie, ale pełnoprawną przestrzenią dialogu – miejscem, w którym idee spotykały się z praktyką, a doświadczenie z ciekawością.

Wielkopolska i dalsza droga

Wyjazd z Warszawy był jednocześnie zmianą tempa i akcentów wizyty. Po serii spotkań w mieście i jego okolicach Jerome Osentowski ruszył w drogę na zachód kraju, gdzie program nabrał bardziej projektowego i warsztatowego charakteru. W Wielkopolsce opiekę nad gościem przejął Jacek Winckiewicz, który koordynował kolejne etapy pobytu, dbając zarówno o logistykę, jak i o przestrzeń dla odpoczynku naszego gościa.

Pierwszym przystankiem były Truskawkowe Pola, gdzie Jerome spędził czas w domowej, spokojnej atmosferze. Niedziela upłynęła głównie na regeneracji i rozmowach przy ciepłej ławie masywnego pieca, który od razu przyciągnął jego uwagę. Szybko okazało się, że budynek, choć niebędący szklarnią, ma cechy wspólne z rozwiązaniami stosowanymi przez Jerome’a – myślenie o akumulacji ciepła, masie termicznej i pracy z energią zamiast jej ciągłego dostarczania z zewnątrz.

Spacer po ogrodzie leśnym i obejściu stał się kolejną okazją do rozmów o roślinach, szczególnie tych wiążących azot, których kolekcja zrobiła na gościu duże wrażenie. Zainteresowanie Jerome’a nie miało w sobie egzotyki kolekcjonera, lecz uważność praktyka – kieszenie szybko wypełniły się nasionami, a rozmowy krążyły wokół funkcji roślin w systemie, nie ich samej obecności.

Kolejne dni przyniosły zmianę skali. Podróż przez wielkopolskie równiny, wśród wielohektarowych pól i sadów, prowadziła do miejsc, w których permakultura spotyka się z realnymi inwestycjami i procesami projektowymi. W jednym z takich gospodarstw, w województwie lubuskim, Jerome brał udział w konsultacjach dotyczących planowanej szklarni typu walipini. Na miejscu omawiano już wykonane prace ziemne, układ działki i rysunki techniczne, a w rozmowie o szklarni skupiono się na dostosowaniu jej do polskich warunków – przede wszystkim znacznie mniejszego zimowego nasłonecznienia niż w Kolorado. To właśnie w takich momentach najpełniej wybrzmiewało jego podejście: brak gotowych recept, za to uważna analiza kontekstu i szukanie rozwiązań łączących funkcje.

Kulminacyjnym punktem tej części wizyty było spotkanie we Wschowie, gdzie w sali Zamku Królewskiego Jerome zaprezentował trzy opowieści: o ogrodach leśnych jako drodze jego własnego rozwoju, o pasywnych szklarniach solarnych i idei baterii klimatycznej oraz o technicznych aspektach ich budowy. Uzupełnieniem były rozmowy o etycznej ekonomii i funkcjonowaniu Instytutu Permakultury w Kolorado, pokazujące, że stabilność finansowa może być efektem posiadania wielu drobnych źródeł dochodu, a nie maksymalizacji zysków z jednego źródła.

Dla uczestników wykładu było to doświadczenie poruszające na wielu poziomach. Jedni podkreślali klarowność przekazu i zdolność Jerome’a do tłumaczenia złożonych zagadnień w prosty sposób, inni mówili o zmianie perspektywy – o tym, że szklarnia przestała być konstrukcją, a zaczęła jawić się jako żywy organizm współpracujący z otoczeniem. Pojawiały się refleksje o innowacji rozumianej nie jako technologia, lecz jako uważna obserwacja natury, oraz o determinacji człowieka, który po osobistych stratach potrafił odbudować swoje projekty bez wielkiego kapitału, za to z konsekwencją i wizją.

Atmosfera spotkania, mimo zimowej aury i niespodziewanego opadu śniegu, była pełna skupienia i ciekawości. Po prezentacjach rozpoczął się proces projektowy konkretnej szklarni pasywnej, osadzony w realnych warunkach gospodarstwa. Rozmowy dotyczyły nie tylko techniki, ale też formalnych i koncepcyjnych ram inwestycji – tego, jak projektować obiekt, który będzie działał sensownie w naszym klimacie i krajobrazie. Wieczór zakończył się przy kominku, w rozmowach, które miały w sobie zarówno podsumowanie, jak i pożegnanie.

Ostatni etap podróży prowadził przez Wrocław do Niemiec, dalej w kierunku Słowenii. Dla Jerome’a była to kolejna stacja na trasie, dla wielu osób w Polsce – początek nowych pytań, projektów i relacji. Wizyta, która zaczęła się od jednego maila i spontanicznej decyzji, pozostawiła po sobie coś więcej niż wspomnienia. Zostawiła impuls do działania i poczucie, że permakultura – praktykowana cierpliwie i w relacji z innymi – naprawdę jest kulturą trwałą.

Co zostaje

Każda wizyta kiedyś się kończy, ale nie każda zostawia po sobie coś trwałego. W przypadku przyjazdu Jerome’a Osentowskiego do Polski to, co najważniejsze, nie wydarzyło się wyłącznie w trakcie wykładów, konsultacji czy spacerów po ogrodach. Zdarzyło się pomiędzy nimi – w zmianie perspektywy, w odwadze do myślenia inaczej i w poczuciu, że to, co do tej pory wydawało się zbyt ambitne, może jednak być w zasięgu ręki.

Dla osób, które po raz pierwszy zetknęły się z Jerome’em podczas wykładów i warsztatów, spotkanie to często miało charakter przełomowy. Pojawiało się poczucie, że skomplikowane zagadnienia – takie jak projektowanie szklarni czy całych systemów żywnościowych – nagle stają się zrozumiałe. szklarnia stawała się przestrzenią współpracującą z otoczeniem – energią, glebą, klimatem. To doświadczenie nie tyle uczyło gotowych rozwiązań, co otwierało nowy sposób patrzenia na przestrzeń i relację człowieka z naturą. Dla niektórych było impulsem do działania, dla innych potwierdzeniem, że innowacja nie musi oznaczać skomplikowanej technologii, lecz uważną obserwację i konsekwencję.

Silnie wybrzmiewała również osobista historia Jerome’a – determinacja człowieka, który po utracie swojej pierwotnej szklarni nie zrezygnował, lecz zbudował ją na nowo, jeszcze pełniej i mądrzej. Ta opowieść, pozbawiona patosu, pokazywała, że nie trzeba być milionerem ani dysponować zapleczem wielkich instytucji, by realizować ambitne projekty. Wystarczy wizja, cierpliwość i gotowość do pracy z tym, co dostępne – także z materiałami odzyskowymi i lokalnymi zasobami. Dla wielu uczestników była to lekcja równie ważna jak sama wiedza techniczna.

Warto w tym miejscu podkreślić coś, co w polskich realiach wciąż pozostaje rzadkością. Cała ta wizyta – od spotkań w Warszawie, przez konsultacje i wykłady w Wielkopolsce, po wydarzenia otwarte dla szerszego grona – została zorganizowana oddolnie, własnymi siłami, bez wsparcia instytucjonalnego i bez biletów wstępu. Udział we wszystkich wydarzeniach był darmowy. Przy wizytach osób tej rangi i rozpoznawalności jest to chlubny wyjątek, możliwy tylko dzięki zaangażowaniu społeczności i gotowości do dzielenia się czasem, przestrzenią i energią. To także bardzo permakulturowe w swojej istocie – oparte na relacjach, współpracy i wzajemnym wsparciu, a nie na logice komercyjnego wydarzenia.

Z perspektywy organizacyjnej wizyta pokazała, że permakulturowa społeczność potrafi działać szybko, sprawnie i odpowiedzialnie. W krótkim czasie udało się stworzyć sensowny program, zadbać o logistykę i jednocześnie zachować uważność na potrzeby gościa. Było to również silne doświadczenie integrujące – zarówno wewnątrz środowiska Permisie.pl, jak i w spotkaniu z osobami spoza tego kręgu, reprezentującymi bardzo różne „światy”, a jednak odnajdującymi wspólny język.

Dla mnie osobiście wizyta Jerome’a była czymś więcej niż spełnieniem marzenia o spotkaniu jednego z Mistrzów. Była potwierdzeniem, że permakultura rzeczywiście łączy pokolenia i że relacje budowane latami potrafią zaowocować w najmniej spodziewanym momencie. Spotkanie trzech generacji ludzi permakultury – od nauczyciela, przez praktyków, po uczniów – uświadomiło mi, jak ważna jest ciągłość przekazu i jak realna jest wizja Trwałej Kultury, o której tyle mówimy.

Z perspektywy Jacka Winckiewicza ta wizyta przyniosła kilka prostych, ale mocnych wniosków. Świat jest mały i nigdy nie wiadomo, kiedy do naszej wsi przyjedzie ktoś, kogo dotąd znaliśmy tylko z książek. Wiek nie musi oznaczać stagnacji – w wieku 84 lat można być aktywnym, ciekawym i inspirującym. Permakulturowa społeczność jest gotowa działać, a takie spotkania są doskonałą okazją do budowania mostów i wspólnych projektów. I wreszcie – pasywne szklarnie, ogrody leśne i sensowne systemy produkcji żywności nie muszą być luksusem dla nielicznych. Mogą, i powinny, powstawać także u nas, w wersjach dopasowanych do lokalnych warunków, lepszych niż „tunel na środku pola”. Wizyta Jerome’a Osentowskiego w Polsce nie była wydarzeniem medialnym ani spektakularnym przedsięwzięciem. Była procesem. Procesem, który zostawił po sobie pytania, inspiracje i konkretne plany. Jeśli z czasem pojawią się nowe ogrody, lepiej zaprojektowane szklarnie i odważniejsze decyzje projektowe, będzie to najlepszy dowód na to, że te kilka listopadowych dni miało sens. I że permakulturowe plony naprawdę potrafią być nieoczekiwane.