Meandry permakultury, czyli jak łatwo zabłądzić.

Problemy Ziemi i ludzi są ogromne. Utrata bioróżnorodności w wyniku masowego wymierania gatunków, zagłada lasów, erozja gleb, umieranie oceanów, to niepodważalne, widoczne dla każdego, kto chce patrzeć fakty. Podczas gdy aktywiści „biją martwego konia” zwanego emisją CO2 oraz podniecają się globalnym ociepleniem, przyczyny nie znikają, a skutkami nie przejmujemy się wystarczająco. Dwadzieścia cztery konferencje IPCC nie przyniosły jak do tej pory żadnych wymiernych efektów. Gaia leży na OIOM’ie i wszyscy mają nadzieję, że z tego wyjdzie, jednak rokowania nie są najlepsze.

W takiej to scenerii, po czterdziestu latach od powstania, permakultura zaczyna, jeśli jeszcze nie trafiać na salony, to na pewno być modna. Jak każda moda, pełna jest dziwactw, nie zawsze zgodnych z intencją jej twórców.  Oczywiście, argument, że permakultura to nauka rozwojowa i z biegiem czasu swą postać zmienia bywa zasadny, ale najczęściej nadużywany do wdrażania „wariacji na temat”.

Gdzie para idzie w gwizdek, a Permiś w ślepą uliczkę (w mojej prywatnej opinii, z którą można się zgodzić, lub nie), postaram się opisać poniżej.

Głusza

Obrońca Gai, ekolog, miłośnik przyrody, najchętniej osiedliłby się w głuszy. Wychowany na Thoreau, Lovelock’u i Simonie Kossak, marzy o tym, aby rzucić korpo i wynieść się na wieś, jak najdalej od ludzi. Marzy o terenie nieskażonym, dzikim, gdzie sarenki zaglądają przez okienko do salonu. Piękne to wizje, jednakże tak mało już zostało jakiejkolwiek „głuszy” na świecie, że każdy jej skrawek warto by ocalić. Człowiek, choćby nie wiem jak ekopoprawny, ingeruje w swe otoczenie, nawet samą swą obecnością, a co dopiero mówić, życiem w dzikim miejscu. Misją permakulturową jest działać tam, gdzie jesteśmy – w wielkim mieście, wśród monokulturowych pól, w zdegradowanym krajobrazie, biorąc przykład z gigantów permakultury regenerujących najbardziej nieprzyjazne dla życia miejsca na Ziemi – w Jordanii, Chinach czy na południe od Sahary.

Stare polskie powiedzenie „partyzant z wyciętego lasu” doskonale by dziś pasowało do ekoświadomego migranta z miasta, jednakże i w tym mieście pracy dla niego nigdy nie zabraknie. Zastanówmy się choć chwilę, zanim kupimy wymarzoną działkę w głuszy, wybudujemy się tam, z nadzieją prowadzenia warsztatów permakulturowych, uczących innych, jak ocalić świat żyjąc w głuszy. A może ten świat, w tym ostatnim dzikim miejscu akurat, potrzebuje jedynie świętego spokoju i naszej tam nieobecności, a nasza misja czeka na nas dokładnie tu, gdzie teraz jesteśmy? Dokonując etycznych wyborów unikniemy etosu Koziołka Matołka, który „po szerokim szukał świecie, tego, co jest bardzo blisko”.

Mięsko

Każdy myślący i czujący człowiek na Ziemi dostrzega bezgraniczne cierpienie zwierząt w chowie przemysłowym. Czy to troska o ich los, czy też o wpływ hodowli na emisję CO2 i zmiany klimatu, czy wreszcie własne przekonania (a często splot tych wszystkich trzech przyczyn), prowadzi miłośnika permakultury na ścieżkę wegetariańską lub wegańską. I nie ma w tym nic złego do czasu, gdy dotyczy to jadłospisu, a nie ekosystemu, który wyznawca permakultury projektuje i wdraża (pamiętamy, że permakultura to nauka o projektowaniu, a nie o hodowli marchewki, prawda?).  Zadaniem permakultury jest tworzenie systemów cechujących się stabilnością, różnorodnością i trwałością taką, jak systemy naturalne. Trudno wyobrazić sobie takie systemy bez zwierząt, choć oczywiście, jest to jak najbardziej możliwe. Możliwe, nie znaczy, że wyższego poziomu, górującego nad systemami z udziałem zwierząt. Szacunkowo, system bez zwierząt wymaga od 35 do 40% większej powierzchni, aby umożliwić obieg materii i energii właściwy dla systemów uwzględniających zwierzęta, a to, w świetle permakulturowego audytu energii sprawia, że nas system jest dokładnie o tyle mniej optymalny niż mógłby być, i o tyle też mniej przyjazny dla środowiska. Pamiętamy bowiem, że projektowanie permakulturowe zobowiązuje nas do uzyskania maksimum efektów przy zużyciu minimum zasobów naturalnych, a mało jest tak istotnych zasobów jak ziemia. Zacieśniając krąg naszego gospodarowania i zmniejszając areał jesteśmy w stanie zwrócić więcej ziemi przyrodzie.

Dwa zagadnienia, które należy rozważyć podejmując decyzję o eliminacji zwierząt z projektu to wrodzona wartość wszystkiego, co żyje oraz generowanie pozytywnej zmiany wpływającej na los wszystkich zwierząt hodowlanych. Osobiście sądzę, że życie w każdej formie jest jednako cenne, czy będzie to ziemniak, czy królik (chyba że królik ma na imię Jacek, i trochę trudno go tak zeżreć po kilku latach tulenia). Rośliny czują, reagują, komunikują się, a człowiek musi jeść, jak każde inne stworzenie na Ziemi. Nonsensem jest w mojej opinii rozważać, do jedzenia czego jest człek bardziej lub mniej predestynowany, sens natomiast ma zadbanie o to, aby jego pokarm, czy to brokuł czy jagnię, miał żywot jak najbardziej komfortowy, krótką i bezstresową ostatnią chwilę na tym łez padole oraz aby nic, co nam ofiarował, się nie marnowało.

Permakultura oferuje tak wiele przyjaznych dla chowu zwierząt systemów, że wstyd z nich nie korzystać, nawet, jeżeli nie mamy zamiaru zjadać naszych podopiecznych. Poza tym, że przekształcają oni materię organiczną w nawóz dla naszego vege ogrodu, to jeszcze wykonują szereg przydatnych dla systemu prac. Co najważniejsze, pokazują, że hodowla zwierząt gospodarskich nie musi wcale wiązać się z ich cierpieniem, że potrafimy koegzystować w systemach permakulturowych z obopólną korzyścią, co stanowić może impuls do zmian dla nieludzkich (a na pewno nie zwierzęcych) hodowli przemysłowych.

Domek

Każdy miłośnik permakultury marzy o mieszkaniu w tzw. budownictwie naturalnym, rozumianym u nas w kraju głównie jako mieszkanie w budynku z piasku, gliny, słomy czy konopi. Ogromną rolę w popularyzacji takiego sposobu myślenia odegrała w Polsce fundacja Cohabitat, wydając podręczniki dotyczące budowy domów w takich właśnie technologiach. Możemy dziś śmiało powiedzieć, że moda na budownictwo naturalne rozwija się dynamicznie i należy się z tego cieszyć. Osobnym problemem jednak jest fakt, iż to, z czego dom jest zbudowany, całkowicie przesłoniło to, jak jego forma wpływa na jego funkcjonowanie. Kluczem do poprawnego budownictwa permakulturowego jest wykorzystanie energii miejsca, a nie da się tego zrobić stawiając kostkę ze słomy z mini okienkami, przez które Słońce nie dociera do wnętrza, a jeśli już dotrze, to nie ma gdzie zakumulować energii, jakiej dostarcza. Niejednokrotnie energia zaoszczędzona przy zastosowaniu naturalnych materiałów jest wydatkowana w nadmiarze w trakcie lat eksploatacji budynku, gdyż nie korzysta on z doskonale znanej projektantom permakulturowym funkcji sektorów, czyli energii przepływających przez miejsce, w którym stoi budynek – Słońca, Ziemi, wiatru i szeregu innych.

Kolejnym przykładem jest coraz bardziej popularna kopuła geodezyjna, czyli budynek czy szklarnia w kształcie półkuli, zbudowana z trójkątów. W warunkach polskich nie ma żadnego uzasadnienia dla pełnej geody, czyli takiej, która posiada przezroczyste warstwy na całym obwodzie. Analizując drogę Słońca od dnia pierwszych, do dnia ostatnich przymrozków bardzo łatwo wyznaczyć, jaka część geody powinna być nie tylko nieprzezroczysta, ale też solidnie izolowana, aby przejść pomyślnie permakulturowy audyt energii. Niestety, czy to z braku wiedzy, czy z powodów marketingowych, pełne geody wciąż królują w Polsce, choć można zdecydowanie je usprawnić, dodając masę termalną od wewnątrz i solidną izolację od zewnątrz tam, gdzie w zimnych porach roku Słońce nie dochodzi.

Konia z rzędem temu, kto buduje zgodnie z wiedzą o cechach miejsca, w których stanie dom. Kosztorys, materiały, estetyka, harmonogram, to sprawy, które głównie frapują inwestora, podczas gdy funkcje domu traktowane są po macoszemu. A funkcje domu, poprawnie zaprojektowane, mogą zredukować Twój ślad węglowy bardziej niż zero waste – wszak w naszej strefie klimatycznej dom pochłania 60-70% energii zużywanej przez jego mieszkańców.

Izolacja

Powszechnym schematem wśród młodych adeptów permakultury jest żądza wyrwania się z tzw. mainstreamu i życie wiejskie, sielskie, anielskie. Permaludki osiadają na wsiach, zakładają ogrody, remontują stare domy, niejednokrotnie borykając się z trudnościami finansowymi. Szukają wsparcia wśród sobie podobnych, głównie tych pragnących również się wyrwać i prowadzić podobne życie. Wbrew pozorom postępowanie takie prowadzi do izolacji, w gronie towarzystwa wzajemnej adoracji.

Ekospołecznościowe inicjatywy ciążą albo w stronę sekt, albo rozwodów, dosłownie i w przenośni. Niejednokrotnie króluje w nich dystopia. Nieliczne trwają latami, ale bardzo, bardzo nieliczne otwarte są na tyle na zewnątrz, że spektrum ich etycznych wartości i prośrodowiskowych rozwiązań promieniuje na zewnątrz na tyle silnie, aby wywierać znaczący wpływ na otoczenie. Przykładem takiej społeczności jest ekowioska Crystal Waters w Australii, istniejąca od ponad 30 lat, ceniona do tego stopnia, że nikt jej nie chce opuścić, a w związku z tym nie sposób nabyć w niej nieruchomości.

Od ponad czterdziestu lat, podążając za intencją Billa Mollisona, jednym z istotnych celów permakultury jest dążenie do osiągnięcia stanu, w którym permakutura stanie się standardem powszechnie akceptowanym (tzw. tipping point). Izolacja i zamykanie się w małych społecznościach czy indywidualnych siedliskach absolutnie temu nie służy, pomimo organizowania rozmaitych imprez, wydarzeń, warsztatów wabiących ludzi z zewnątrz. Nie oszukujmy się – w zdecydowanej większości przypadków uczestnicy takich wydarzeń dzielą się na dwie kategorie: pierwsza to ci już przekonani, druga to ci, którzy przyjechali, zobaczyli i uciekli, bo to co zobaczyli zbyt drastycznie odbiegało od ich stylu życia czy światopoglądu. Paradoksalnie, o wiele skuteczniejsze jest wychodzenie na zewnątrz, poza własną strefę komfortu niż zamykanie się u siebie z osobami sobie podobnymi. Jak wspomniałem w pierwszej części tego felietonu, wielkie skupiska ludzkie są tyglem, w którym warzy się przyszłość tego świata. Pozytywistyczna „praca u podstaw”, promująca permakulturowe idee wśród tysięcy mieszkańców miast, a nawet, o zgrozo, na zajęciach mających urozmaicić żywot pracownikom jakiejś korporacji, ma mierzalnie większy wkład w osiągnięcie punktu przełomowego niż dywagowanie na ekotematy w gronie ludzi już do tych idei przekonanych. Świat uratować bowiem mogą nie tyle tysiące osób ekoperfekcyjnych, ale raczej miliardy próbujących to zrobić niedoskonale, tak jak w danej chwili potrafią.

Bajery

Permakutura wabi wielu na zasadzie podobnej jak nowy iPhone – czytają o nowej dla siebie technice permakulturowej, i doznają „efektu wow”. Nikt nie kwestionuje zayebistości kulek nasiennych, pieców kopułkowych czy spirali ziołowej, niemniej jednak gros zastosowań tych technik woła o pomstę do nieba. Dzieje się tak, gdyż są wyrwane z kontekstu i podane konsumentowi na tacy dokładnie tak samo, jak dowolny produkt komercyjnego marketingu. Warto pamiętać, że permakultura polega na projektowaniu wzajemnych relacji między elementami projektu, a nie na tworzeniu kolekcji efektownych elementów w żaden sposób nie współgrających ze sobą. Jak fajny nie wydawałby się nowy dodatek do naszego siedliska, należy zastanowić się, jak się w nie wpisuje, jakie pełni funkcje, jakie ma potrzeby, jakie ma cechy wrodzone. O ile uda się nam go powiązać z innymi, istniejącymi lub planowanymi elementami siedliska, śmiało możemy przystąpić do implementacji. Jeżeli jednak nasz nowy element ma egzystować „sobie a muzom”, przemyślmy raz jeszcze temat, w duchu permakulturowym, i zastanówmy się – czy potrzebujemy tego, czy też jedynie chcemy to mieć. Różnica pomiędzy „chcę” a „potrzebuję” jest jedną z najistotniejszych w podejmowaniu decyzji mających bezpośredni wpływ na nasz ślad węglowy oraz wszelkie inne formy oddziaływania na środowisko naturalne i korzystanie z jego zasobów.

Skala

Wróćmy jeszcze na moment do permakultury w wiejskim zaciszu. W znaczącej liczbie przypadków ogranicza się ona do małych systemów przydomowych, czerpiących garściami z doświadczeń permakultury miejskiej i podmiejskiej. I nie ma w tym nic zdrożnego, jednakże w drodze do naszego tipping point wypadałoby też pokazywać naszym sąsiadom, niejednokrotnie gospodarującym monokulturowo i wielkoobszarowo, rozwiązania, które mogłyby być w ich pracy pomocne. Permakultura potrafi wyeliminować lub zredukować problemy trapiące współczesnego rolnika, ale aby zwrócił się w naszą stronę, musimy móc go przekonać twardymi liczbami i wymiernymi efektami. Sprawdzono – tańce na golasa w ogrodzie i koncerty mis tybetańskich o zmierzchu na zdecydowaną większość polskich rolników nie działają w sposób, w jaki byśmy chcieli. Co innego na przykład pokaz, jak eroduje gleba orana w porównaniu z nieoraną i ściółkowaną, jak zastąpić nawozy sztuczne preparatami wytworzonymi w swoim gospodarstwie czy też jak sporządzić naturalne (skuteczne!) środki ochrony roślin.

Rozmawiając z rolnikami pamiętajmy, że niejednokrotnie są to ludzie produkujący setki ton żywności, a nie trzy pęczki rukoli, musimy więc przedstawiać im rozwiązania w skali, którą rozumieją. Zamiast mówić więc o szczypcie na doniczkę, mówmy o tonach, kilogramach czy litrach na hektar. Umieszczając siebie w kontekście najbliższego otoczenia zwróćmy uwagę, czy to, co sami robimy, i co chcielibyśmy na pewno propagować jest skalowalne – czy zda egzamin w większej skali, a jeśli tak, to w jakiej. Nie bójmy się też skalować w dół. Wiedząc, że dane rozwiązanie działa na wielkich obszarach, stwórzmy jego miniaturową demonstrację u siebie. Może to być mikro-biogazownia, miniaturowy leśny ogród czy też malutki zbierający wodę deszczową rów konturowy. Zróbmy to jednak w formie łatwej do przyswojenia i zastosowania po powiększeniu przez osoby gospodarujące w skali setki czy tysiące razy większej niż nasza. Niech dostrzegają w nas bardziej specjalistów niż wyalienowanych dziwaków odprawiających podejrzane rytuały. Dzięki takiemu postępowaniu przyspieszymy znacznie rozprzestrzenianie się permakultury wśród osób żyjących z pracy na roli na obszarach wiejskich, co wszystkim nam wyjdzie na dobre.

Podobnie w mieście, przykład jednego poprawnie posadzonego drzewa, w postaci gildii roślinnej zasilanej wodą deszczową normalnie ściekającą do kanalizacji, tańszego w utrzymaniu i pełniącego więcej funkcji niż samotne, podeschłe drzewo ornamentalne rosnące na wystrzyżonym do bólu trawniku może sprawić, że zarząd zieleni miejskiej skorzysta z naszych doświadczeń i powieli je w skali, w której ma zwyczaj pracować, a skala to niemała. Choć permakulturowa zasada „zaczynaj od małych i powolnych rozwiązań” nieustannie nas obowiązuje, to nie zapominajmy o tym, że pozwala ona szybko wypróbować dziesiątki rozwiązań i ich wariantów, po to, aby wybrać te, które działają najlepiej i powielić z upływem czasu.

Poczucie skali jest niezbędne w kontaktach z mainstreamem, jednako miejskim, jak i wiejskim. Tylko operując podobną skalą, językiem i formami przekazu jesteśmy w stanie przekonać nieznających permakultury do swoich idei.

Jak powiedział kiedyś Geoff Lawton, gdy trzeba, należy bez kompleksów wbić się w garnitur czy garsonkę i śmiało wejść między rekiny władzy, biznesu czy finansjery, choćby tylko po to, aby mieć okazję dźgnąć bestię od środka 😊

Artykuł powstał dzięki wsparciu udzielonemu za pośrednictwem witryny https://patronite.pl/Permisie

Patroni Artykułu:

Mariusz

Patron Anonimowy

Patron Anonimowy

Patron Anonimowy

Dziękuję!

Dodaj komentarz